Polowanie na kosogona

Bohol Panglao

Wczesnym rankiem inny „Talisin” – to chyba dość popularna nazwa, zabiera nas do Alona Beach na połączoną mostem z Bohol, wyspę Panglao. Transport drogą morską pozwala nam po drodze na dwa wspaniałe nurkowania przy Balicasag Island. To zdecydowanie najpiękniejsza i mająca najwięcej do zaoferowania rafa koralowa z pośród tych jakie dane nam będzie oglądać w trakcie całej wyprawy! Gdy spływamy wzdłuż ściany Sanctuary, wpadamy w ogromną ławicę ostroboków - chmura długo wiruje wokół nas niczym potężna trąba wodna złożona ze srebrnych ostrzy. Ryby niczym groty z polerowanej stali, krążą groźnie na tle ciemnej toni, co chwilę któraś ustawia się pod właściwym kątem do promieni Słońca, rzucając krótkie refleksy świetlne. Kiedy zawisam w centrum, czuję się niczym czarnoksiężnik wewnątrz potężnego wiru mocy. Drugie nurkowanie, na Black Forest, przynosi jeszcze większe wrażenia dzięki przypominającej ogromne, najeżone zębami ostrze ławicy barakud. Tym razem nikt z nas nie wpływa w środek, a wieczorem, wylegując się w basenie i popijając whiskey wspominamy historię płetwonurka, który prowokując barakudy odblaskiem aparatu fotograficznego, został zaatakowany przez ławicę tych drapieżnych ryb. Alona Beach to spokojne i urokliwe miejsce. Spoglądając w niebo na położonej pod palmami plaży doczekuję tu niejednego świtu.

Nazajutrz wypływamy na rajd, w pobliże położonej na wschód przez Morze Boholskie wyspy Pamilacan. Morska bryza niesie powiew wolności kiedy stoję na dziobie przyglądając się falom i wypatrując odległego lądu. Soft Coral Garden dostarcza licznych niespodzianek, począwszy od wielkich ślimaków, przypominających zarówno swym wyglądem jak i zachowaniem jaja obcych z filmów „Alien”, po zdumiewająco ubarwione ślimaki nagoskrzelne. Łagodny prąd niesie nas wzdłuż ściany, kończymy na podwodnej łące. Drugie nurkowanie, pod Spanish Tower – odcisku po kolonizacji wysp, jest podobnie wspaniałe. Odnajdujemy kilkanaście Solenostomus paradoxus - przypominających małe smoki Chaosu igliczni-duchów i Solenostomus cyanopterus - niezwykle łatwych do pomylenia z butwiejącymi kawałkami liści trawy morskiej. Poza tym masa amfiprionów, pomacantusów, chetoników, pokolców i ślimaki, ślimaki, ślimaki... Natura ma wciąż o wiele ciekawsze pomysły na kreację form życia, skrajnie odmiennych od ludzkiej, niż większość filmowych specjalistów z branży science-fiction. Prócz geniuszy takich jak H.R. Giger, niejeden spec inspiracji mógłby szukać właśnie pod wodą…

W poszukiwaniu odmiennych wrażeń, wybieramy się na nurkowanie nocne. Niewielka łódź silnikowa wywozi nas niedaleko od brzegu. Na niebie, jak co noc, króluje Orion, górując nad światełkami rozlokowanych wzdłuż brzegu restauracji. Tuż po zanurzeniu przytłacza mnie bogactwo korala, dotkliwie pokruszonego przez pospawane z rurek kotwice parkujących tu łodzi. Tyle korala tak blisko brzegu… Zakamarki rafy roją się od czerwonych skrzydlic, praktycznie niewidocznych w ciągu dnia. Po dnie tu i ówdzie przemykają wężowidła. Tak bardzo przypominają rozgwiazdy, z którymi zresztą są spokrewnione, że ich prędkość mnie zaskakuje. Silne światła kamery, wydłubują z zakamarków rafy niewielkie krewetki. Są kraby pustelniki, holujące na swych muszlach pasażerów – ukwiały, wielobarwne liliowce mieniące się kolorami od soczystej czerwieni po aksamitną czerń i oczywiście masa jeżowców z jadowicie niebieskimi i pomarańczowymi plamkami wokół otworów gębowych.

Nazajutrz, po krótkiej awanturze z miejscowymi „biurami podróży”, które omal nie pobiły się o nas, wyprawiamy się w głąb wyspy Bohol, do słynnych Czekoladowych Wzgórz. To geologiczny ewenement, w postaci omal idealnie regularnych, przypominających kształtne, kobiece piersi, półokrągłych pagórków. Miejscowe legendy powstanie wzgórz wiążą z przygodami olbrzymów – według jednej są to pozostałości ich pojedynku, według innej łzy wylane za ludzką ukochaną. Oficjalne wytłumaczenie jest o wiele mniej romantyczne ale ani trochę bardziej przekonujące, dość powiedzieć, że jest to bardzo ciekawie ukształtowany teren, który naprawdę warto zobaczyć.

Interior Boholu zapiera dech ze zdumienia. Uprawiane ręcznie i z użyciem bawołów pola ryżowe, krajobraz kojarzący się generalnie z filmami jak „Czas apokalipsy”, „Zaginiony w akcji” czy „Rok w piekle”. Aby posmakować wzgórz z bliska wynajmujemy quady i zjeżdżamy z asfaltu. Droga wiedzie przez dżunglę i wśród ryżowych pól. Mijamy wioski z niepozornymi, lecz dobrze utrzymanymi domostwami, pieczołowicie przyozdobionymi roślinkami rozstawionymi w doniczkach. Maszyny pędzące z rykiem przez gliniany dukt muszą wyglądać drapieżnie, jednak dzieci z mijanych domostw machają do nas rączkami, a dorośli przyglądają się z zainteresowaniem. Gdzieniegdzie, w wysokiej trawie pasą się wykorzystywane do orki bawoły. Skwar leje się z nieba, na szczęście nie jest zbyt wilgotno, choć rozbudowane korzenie powietrzne mijanych po drodze drzew sugerują, że na zawołanie potrafi tu zrobić się bardzo, bardzo mokro. Po skończonym rajdzie udajemy się na punkt widokowy, aby przyjrzeć się wzgórzom z wyższej perspektywy. Później jemy obiad na barce-restauracji, płynącej w tym czasie po rzece o brzegach gęsto porośniętych zaroślami bambusa.

Do obejrzenia pozostają jeszcze wiszące, bambusowe mosty i tarsiery, wymierające małpiatki Tarsius syrichta, zwane w cebuano – Maumag, a po polsku – wyrak upiór. Małpki są rzeczywiście nieduże, mają za to długie ogonki i duże, naprawdę sympatyczne oczka. Mam wrażenie, że ten kto nadał im polską nazwę nigdy nie widział tych stworzonek na żywo. Z roku na rok jest ich niestety coraz mniej, a na Bohol pozostało zaledwie około 300 sztuk. Za kilka lat z pewnością wcale ich już nie będzie i podziwiając stworzonka mamy tego dość bolesną świadomość. Wracamy na noc na Panglao i do Alona Beach.

Dla grupy to już koniec nurkowań. Ja, by zakończyć wyprawę z fasonem samotnie płynę na Balicasag. Na dobry początek – Divers Heaven, nowe miejsce dostarcza doprawdy niebiańskich wrażeń. Potężne gorgonie wystające ze stoku i kryjące się w ich gałęziach frogfsishe. Imponujących rozmiarów ślimaki nagoskrzelne: czarno-żółty Notodoris minor i biały, prężący niczym dumna fregata swe „oskrzelowanie” Ardeadoris egretta – doprawdy zdumiewające stworzenie! Masa barwnych pomacanthusów, przeważnie żółto-niebieskich Centropyge bicolor i stada biało-pomarańczowych chetoników. W rezerwacie na Sanctuary tym razem nie ma prądu, więc zamiast potężnych ławic zaledwie jedno stado niebieskich ostroboków, znajdujących się w stanie sporu zbiorowego z parą wielkich strzępieli. Zapewne chodzi o coś do zjedzenia, ale ryby robią takie zamieszanie, że ciężko dojść jest przedmiotu. Również tu odnajduję frogfishe, najprawdopodobniej Antennarius maculatus. Po dwóch nurach wzdłuż ściany, Black Forest najciekawszy wydaje się w okolicach korony rafy. Jest tu zatrzęsienie czarnozielonych ślimaków nagoskrzelnych Nembrotha kubaryana, z końcówkami nakrapianymi oranżem. Potężne koralowce rosną niczym starannie przystrzyżone, ozdobne drzewa w pałacowym parku. Dobre podsumowanie nurkowań na Filipinach! Wspaniale, że mieszkańcy wysp umieli opamiętać się w porę i miast eksploatować ocean dynamitem chronią swoje rafy niczym najcenniejsze skarby – dokładnie tak jak rafy te na to zasługują.

Poranny odpływ pozostawia na plaży setki rozgwiazd. Stworzenia walczą o życie próbując na powrót dostać się do wody. Miejscowa ludność bobruje na płyciznach, unosząc w wiklinowych koszach zebrane żniwo odpływu. Inni zamiatają plażę przed szpalerem położonych wzdłuż brzegu oceanu kafejek. Wstaje dzień. Tęsknota za bliskimi, po prawie trzech tygodniach spędzonych pośród skarbów raf koralowych zaczyna coraz mocniej dawać mi się we znaki. Jednak i Raj odciska się swoim piętnem, a zew przygody i wspaniałości jakimi nas uraczono na pewno ściągną mnie tu jeszcze na nurkowanie niejednokrotnie.

Już tęsknię…

Tekst i zdjęcia: Przemek Trześniowski




Artykuł opublikowany był na łamach magazynu NURAS.info w nr 7/2010